OldFordem dookoła Polski, vol. 1OldFordem d

Lubię się poszwendaczyć i ta myśli była silniejsza niż narkotyk – uparcie wracała i nie mogłem sobie dać z nią rady:) Może to i idiotyczne i bezcelowe, ale chciałem pobyć chwilę w takiej podróży non stop, nie zatrzymywać się, nie zwiedzać, tylko jechać, jechać, przed siebie. Dookoła Polski zimą to było wyzwanie, by pozmagać się trochę z zimową aurą, śniegiem, mrozem, lodem, a jednocześnie delektować oko zimowymi pejzażami, białymi widnokręgami, lasami, polami i rześkim powietrzem. Zostawić za sobą wszystko co codzienne, realne, inteligentne i potrzebne, a zrobić coś „niepotrzebnego”, fantazyjnego, jednocześnie pociągającego i ciekawego.

We czwartek wieczór (7 lutego 2013) zamknąłem kompa, spakowałem parę ciuchów, zapuściłem motur w Granadzie, podjechałem na najbliższą stację bezobsługową;), zatankowałem ON do pełna, wyzerowałem licznik i ruszyłem. Aura też mnie zmobilizowała – tego dnia niespodziewanie nadeszły w całej Polsce spore opady śniegu – jechałem koleinami w krainie sypiących płatów białego, spokojnie ale czujnie, skupiając się na jeździe i wymieniając myśli na inne. Wycieraczki robiły robotę, dmuchawa wycierała za mnie szyby, radio grało, kosmos się zbliżał i był tuż za szybami, hehe. Czułem się jak wilk morski, który na swej samotnej łajbie przemierza nieznane dla siebie szlaki.

Do portu zajeżdżałem tylko na noc – albo to był znajomy ziom, albo jakiś zaszyty gdzieś w przestrzeni hotel – do którego wchodził tajemniczy gość, znikąd i donikąd, przyjeżdżał starym, zdezelowanym truchłem i rano bez słowa wyjeżdżał. Wieczorem tylko, jak na marynarza przystało, przeszwendywałem się po okolicznych knajpach i barach, dając trochę w czambuł, nasycałem nogi ziemią. Zawierałem nowe, szubrawcze znajomości, wchodząc w małe społeczności niby nikt cię nie obserwuje, ale każdy się patrzy. Grałem w karty, piłem piwo, stawiali mi shoty, stawiałem ja shoty. Delikatny zawrót głowy – znak że już do łóżka czas. Spanie do rana, śniadanie, rześki spacer i do auta skok. Nie jadąc – czułem się niedobrze, niewytłumaczalna siła kazała mi pchać się gdzieś przed siebie. Taka była urojona wizja – której nie mogłem się oprzeć, by jechać, jechać i jak najwięcej jechać. W aucie słuchałem muzy, audiobooków, radia a czasami samego terkotu dzyndzla:)

Nie udało mi się całej trasy zrobić – niestety, z przyczyn zawodowych musiałem wracać na bazę, ale liczę, że dorobię brakujący fragment tej zimy, albo ogólnie – pomysł nie zemrze. Generalnie przejechałem połowę trasy.

Ogólnie w trasie spędziłem 5 dni, dziennie robiąc od ok. 200 do ok. 500 km.
Przejechałem 2036 km – od domu do domu, czyli – Warszawa-Białystok-Suwałki-Bartoszyce-Gołdap-Frombork-Elbląg-Gdańsk-Ustka-Szczecin-Gorzów Wielkopolski-Swiebodzin. Tu zawrotka, przez Poznań i Konin – gdzie odwiedziłem dwa inne Fordy:) i do domu. Średnia spalania – ok. 7 l ON, dwa tankowania w trasie. OldFord się spisał superowo – wprawdzie nie jest to może moja wymarzona Grania, ale po raz kolejny bez fochów dała radę, mogę na nią jednak liczyć. Jak tu nie lubić diesla – mimo swego terkotu i soundu, (kto co lubi) daje spokój w podróży, nie zajeżdża się co chwila na stację, może i zostawia za sobą smród frytek, ale to akurat już nie mój problem:) Lubię podróżować, a pojemność i kult Granady daje mi ideał w podróży z tym silnikiem. Może, jak kiedyś kasa będzie mi wylatywać dziurami w kieszeni, to se będę pomykał 2.8 na benie, hehe, ale póki co jest wygoda:)

Wróciłem mimo wszystko wypoczęty, zrestartowany, z nowymi zapałami, pomysłami, energią. Każdemu chyba potrzebny jest taki wyskok, każdy w nim co innego lubi robić, ale generalnie – trzeba i wskazane jest to! Polecam! :)

Poniżej parę fot, nie gimnastykowałem się z tym zbytnio, ale co nieco oko widziało, wytypowałem parę:

[nggallery id=4]