Nieporęt Bicycle Society

 

Norwegia 2010Nieporęt Bicycle Society powstało, jak to zwykle, a przynajmniej często w życiu bywa, spontanicznie.

Od zawsze lubiłem przemieszczać się, poznawać nieznane w sensie geograficznym, kulturowym, mentalnym itd. Roweru także używałem „od zawsze” i pamiętam jako maluczki, miliony okrążeń, jakie się robiło z inną dzieciarnią wokół rosłego orzecha aż do podwórkowej bramy i pierwsze wyjazdy na brukowano-asfaltową (wtedy) ulicę Dworcową w Nieporęcie.

Po zdaniu egzaminu dojrzałości Tato kupił mi super rower (na ówczesne czasy) – tytanowa duża, męska rama, osprzęt Shimano STX, 28 cali koła, do tego bagażnik, błotniki, złożony w sklepie w Legionowie. Marzenie się spełniło jedno, a drugie to wyprawa rowerowa z namiotem i całym dobytkiem wiezionym w sakwach. I taka pierwsza wyprawa odbyła się właśnie po maturze, na Warmię i Mazury, dokąd pojechałem z kolegą ze szkolnej ławy, Staśkiem Winiarskim. Następna wyprawa była już bardzo huczna, stałem na czele 10-os. grupy i pojechaliśmy nad Morze Bałtyckie. Chronologicznie było:

1997 – Morze Bałtyckie, Hel i festiwal „Jazz w Lesie” (Anna Baran, Anna Brzeska, Alicja Czołpińska, Agnieszka i Marta Kaczmarek, Anna Wróbel, Paweł Nowacki, Marcin Targoński, Stasiek Winiarski i ja). Tutaj narodziły się różne obyczaje i powstało Nieporęt Bicycle Society – wprawdzie organizacja mało prawna, ale bardzo prawa i rzetelna i organizująca rokrocznie kolejne wyprawy:

1998 – Bieszczady (ci sami plus Wojtek „Clemens” Błaszczyk” i Bartek Dybowski vel BartoszKO)

1999 – Czeska Praga + Wiedeń (tylko Bartek i ja)

2000 – Budapest (sami chłopacy)

2001 – Litwa-Łotwa-Estonia + prom do Helsinek i Finlandia-Szwecja i prom do Gdańska – Błaszczyk, Dybowski, ja)

2002 – Wyspa Wolin

2003 – Wschodnia Rubież – czyli Białystok-Zamość

2004 – Słowacja-Węgry-Rumunia (Jan i Mateo Smoczyńscy i ja)

 

i miesięczne wyprawy „samotnego siodełka”:):

2005 – Tour de Romania

2006 – Tour de Bulgaria

 2010 – Tour de Norwegia (z Bartkiem Dybowskim).

 

Każda trasa to niezapomniane przeżycia, wspomnienia, przygody, nastroje, stany zmęczenia i szczęścia, euforii. Na rowerze czuje się człowiek wolny, niezależny, to jego siła napędza te cudowne dwa koła, to z reguły puste drogi, szlaki, zapomniane przez pędzących turystów miejscowości itd.

Czy się sunie z wiatrem czy pod wiatr, to ten wiatr nawet jest jakiś jego, „prywatny” niemalże. Na każdej wyprawie „robiło się” od 800 do 2500 km (rekord to Litwa-Łotwa-Estonia-Finlandia-Szwecja-Polska). Piękne widoki, pejzaże, ludzie kontaktowi inaczej, gdy widzą przybysza skądinąd, jadącego na swojskim rowerze. Super sprawa, polecam każdemu!

Ostatnio „odpuściłem”, ale marzenia, potrzeby wracają, więc być może wsiądę niedługo na magiczne dwa koła, zapakuję namiot, ubrania i ruszę w nieznane, zasypiając przy rozpalonym wyobraźnią i zebranym drzewem ognisku…

Poniżej zdjęcia losowe z wypraw, brak czasu na ich rzetelne uporządkowanie!

 

W BUDOWIE!